Wspomina Pan Marian Dolata

„Pan Nadleśniczy Piotrowski mieszkał w Pałacu w górnej jego części wraz z rodziną. Patrząc na Pałac od strony rzeki Gryżyna – po prawej stronie znajdowało się Biuro Nadleśnictwa Gryżyna z kuchnią rodziny Piotrowskich i łazienką, a po lewej stronie były dwie piękne, duże sale ze śliczną mozaiką w parkiecie. W salach odbywały się zabawy, występy artystyczne, imprezy choinkowe dla dzieci pracowników Nadleśnictwa,  a w piątki prezentowano filmy, które wyświetlał Pan Syriatowicz z Bytnicy. Z dziećmi Państwa Piotrowskich (moimi rówieśnikami) bawiliśmy się w okolicznych parkach i lasach i chodziliśmy do Gryżyńskiej szkoły.

Drugi pałac, na górce, w czasie naszego dzieciństwa stał bezpański, bez opieki i ulegał gwałtownej degradacji technicznej. Wracając ze szkoły często zaglądaliśmy do środka. Piękna podłoga z parkietami, wysokie sale i okna bez szyb. Przed pałacem wybudowana była duża fontanna (głębokości ok. 1 m i średnicy 20 m); w dół do rzeki prowadziły szerokie kamienne schody (szerokości 15 m a długości ok. 50 m.) Rodzice opowiadali mi, że po wojnie w Pałacu odbywały się zabawy. Z tyłu znajdowały się obiekty majątku w kształcie litery L, w naszych czasach eksploatowane. Jak opowiadał mi Pan Adam Gulgowski – Nadleśniczy z Gryżyny – w obiektach tych stacjonowały wojska Napoleońskie. To bardzo romantyczne oczywiście. Pamiętam gmina rozebrała ten obiekt, który nadawał się znakomicie do remontu ok. 1960 r.

Poniżej domu Państwa Raczkowskich (dzisiaj pensjonat P. Aulich) były ruiny dawnej kuźni. Stały ściany i resztki dachu. W potoku Gryżynki łowiliśmy piękne pstrągi, które pływały pod mostem przy ścianach.

Przed Nadleśnictwem patrząc w kierunku rzeki po lewej stronie był ogród Państwa Piotrowskich, ich zabudowania inwentarskie oraz wieża ciśnień (wysoka ok. 20 m). Po drugiej stronie drogi (koło domu P. Jędrzejak) były ruiny dawnej szkoły leśnej. Obiekty te rozebrało Nadleśnictwo, a gruz wywieziono na wzmocnienie dróg leśnych. Prace te jak pamiętam, wykonywał Pan Ławecki z Drzewicy.

Budynek dawnej restauracji, obok domu, w którym mieszkał Pan Karatucha, był zniszczony, bez okien i drzwi; dopiero pod koniec lat 60 tych obiekt ten wyremontowało Nadleśnictwo na mieszkania dla pracowników.

Na miejscowym cmentarzu, na pomnikach w owych czasach można było znaleźć wiele polsko brzmiących nazwisk, np. Grabowsky, itd.

Pamiętam, że w latach 50 – tych istniały dwa młyny. Pierwszy działał w najlepsze. Na placu przed młynem ustawiały się w kolejce furmanki. Woda spływająca z Gryżynki spiętrzana była w dużym zbiorniku, skąd dalej spadając uruchamiała turbinę. Młyn miał swój własny agregat prądotwórczy i energia elektryczna była za darmo. Wieczorem młynarz – Pan Kot – uruchamiał urządzenie podające prąd do części mieszkalnej młyna. Po przeciwnej stronie młyna ok. 100 m od niego znajdował się piękny biały dom jednorodzinny. Pamiętam, że ten budynek już wtedy nie był zamieszkały. Los takich domów niestety jest już krótki. Identyczny budynek był obok leśnictwa Pana leśniczego Leona Czekały (dzisiaj mieszka tam rodzina Państwa Boguckich). Domy te niestety już nie istnieją. Na wysokości istniejącego kamienia młyńskiego rozpoczynały się duże obiekty gospodarskie (stodoła, chlewy), a budynki były zbudowane w kształcie litery C. Do obu młynów prowadziła z Gryżyny nieźle utrzymana i przejezdna droga. Łąki położone pomiędzy Gryżyną a Pierwszym Młynem były koszone i utrzymane w wysokiej kulturze. Pamiętam też, że pomiędzy młynami znajdowały się ruiny starego tartaku.

Pierwszy młyn przestał funkcjonować, kiedy gwałtowna burza i ogromny opad deszczu, a w konsekwencji duży napór wody ze zbiornika spowodował ogromną wyrwę niszcząc zbiornik. Zniszczeń tych nie odbudowano, a ok. roku 1960 młyn rozebrano. Budynki gospodarcze stały jeszcze przez jakiś okres nieprzydatne nikomu, ale i po nich dzisiaj nie ma już śladu.

Idąc w kierunku Augustynki na górze nad łąkami były ruiny spalonej leśniczówki. Obok ruin był duży piec chlebowy, gdzie rodzice suszyli grzyby i owoce oraz piekli chleb. Podobny piec był na ogrodzie Państwa Paliwodów.”

 

Marian Dolata.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Wspomina Pan Marian Dolata

  1. magdalene raetsch pisze:

    Czytając te piękne strony uświadamiamy sobie jak kruche jest ludzkie ciało ale też jakiej destrukcji podlega krajobraz, młyn, dom, piec chlebowy. No i znów będąc tak daleko od domu, rozładowałam telefon.. Oczywiście przez griesel-gryzyna.eu

  2. Lech Piotrowski pisze:

    Maryś, tu Leszek Piotrowski
    drobne moim zdaniem sprostowania ;
    1.Ten budynek zrujnowany o którym piszesz że to była szkoła leśna to były biura niemieckiego nadleśnictwa a kiedyś browar.
    2. Pierwszym młynarzem w pierwszym młynie był Pan Sokołowski. w pierwszych latach po wojnie mieliśmy właśnie z młyna prąd bo sieć energetyczna jak to teraz sie nazywa była w znacznym stopniu zniszczona ( prze dłuższy czas używaliśmy tylko lamp naftowych).
    Pamiętam tez jak moja Mama dawała jakieś zastrzyki dzieciom we wsi m.in. dzieciom Twoich Rodziców – nie wiem czy akurat Tobie.
    Pamiętam też jak Twoi Rodzice przenieśli się do Gryżyny znad Nysy Łużyckiej o ile mi wiadomo pod przymusem ówczesnych władz granicznych (mam nadzieję że się nie mylę i chodzi o Twoją Rodzinę).
    Odnośnie spalonej leśniczówki za łąkami krążyła legenda nie wiem czy prawdziwa że ostatni niemiecki leśniczy z rozpaczy że musi opuścić swój dom powieśił się tam i sam podpalił budynek. Serdecznie pozdrawiam
    Na tych komentarzach nie są publikowane adresy e-mail ale ja podaję swój : biuro@lapis.net.pl gdyby ktoś chciał się do mnie odezwać.

    • Wojciech Piotrowski pisze:

      Nasza Mama długo i wielu ludziom robiła zastrzyki (choć nie była przecież pielęgniarką, jej wiedza medyczna wywodziła się z harcerstwa i kursów Przysposobienia Wojskowego). Ampułki zastrzyków, w naszym przypadku, pełniły też inną rolę – bardzo dobrze strzelały w ognisku lub w piecu. U Kosińskich zakończyło się to wywleniem drzwiczek od pieca i okropną awanturą, ale myślę że i tak było to bezpiecznijsze od zabaw prochem i niewybuchami (a było ich wtedy sporo).

  3. Marian Dolata pisze:

    Rzeczywiście, teraz kiedy moja wiedza o historii Gryżyny stała się pełniejsza, potwierdzam Twoją informację, iż budynek jak to napisałem „dawnej szkoły leśnej”, był w rzeczywistości budynkiem gdzie mieściły się biura nadleśnictwa i browar. Nazwisko Sokołowski zapamiętałem z dzieciństwa. Rzeczywiście z rodzicami bywałem w młynie u Państwa Sokołowskich, byli niezwykle gościnni i mili. Następnym rezydentem na młynie był Pan Kot. Oczywiście Twoją mamę mam w mojej pamięci z dzieciństwa. Być może, że i ja byłem pacjentem Twojej mamy, albo któreś z naszego rodzeństwa, to jest Grażynka, Zbyszek, Leszek i Boguś. Rzeczywiście, nasza rodzina (wtedy jeszcze 3 osobowa) przywędrowała z Zapałowa (dzisiaj Polana), gdzie tata był leśniczym (Nadleśnictwo Ruszów), a powody wyjazdu były oczywiście takie jak piszesz. Zamieszkaliśmy w budynku na końcu Augustynki p prawej stronie (dzisiaj mieszka tam Pan Chowaniec). Wspomniana przeze mnie leśniczówka wybudowana była w prześlicznym miejscu. Stała na górce z frontonem skierowanym na łąki, które położone były poniżej. Na skłonie rosły drzewa i krzewy owocowe, którymi oczywiście do syta raczyliśmy się. Dzisiaj miejsce to zupełnie nie przypomina tego, co zapamiętałem. Niestety czas nie stoi w miejscu ….

    • marta pisze:

      Czy leśniczówka o której Pan pisze to ta z pocztówki pt „dwie leśniczówki „? Myślę o tej podpisanej „leśn. południowa „?

      • Marian Dolata pisze:

        Tak to była „południowa leśniczówka”. Do dzisiaj rosną dwie piękne lipy, które stały przy schodach wejściowych do leśniczówki. Ok. 100 m dalej było pole uprawiane przez Pana Kazimierza Tatarynowicza, Pana Raczkowskiego i moich rodziców. Pole było przedzielone pięknymi drzewami wiśni i śliw. Łąki były koszone i nie były zdegradowane tak jak to ma się obecnie. Na końcu łąki znajdowało się źródło ze znakomitą wodą, która była nieoceniona w okresie sianokosów i upałów. Od źródła wiodła ścieżka w górę z rosnącym wszędzie „niedźwiedzim czosnkiem), która wychodziła na rozwidlenie drogi w kierunku Zawisza i nad jezioro.

        • marta pisze:

          Parę dni temu wybrałam się obejrzeć miejsce po spalonej leśniczówce . Byłam tam po raz pierwszy i trochę trwało nim to miejsce znalazłam . Samo szukanie było już przyjemnością a dotarcie tam sporym przeżyciem . Pamiętałam przedwojenne zdjęcie leśniczówki i to co Pan , Panie Marianie opisuje.
          Musiało tam być naprawdę pięknie bo miejsce jest przepiękne jeszcze i dziś . Rosną te dorodne lipy o których Pan pisze , przy drodze trzy kasztany ( czy ta droga tak kiedyś biegła ? nie mogłam się zorientować ), w zaroślach masa zdziczałego bzu i śniegulczek (ach żeby one umiały mówić !). Na skraju łąk , które są znów koszone ale w dużo mniejszej części niż kiedyś ( tak się domyślam ) – zdziczałe drzewa śliw i jabłoni . Jest oczywiście i żródełko o którym Pan pisze . Nie znalazłam tylko niedzwiedziego czosnku niestety. W zaroślach resztki cegieł , dachówek , potłuczonych naczyń . Wszystko to niezle działa na wyobraznię , można tam siedzieć godzinami i zachwycac się tym co było ale i tym co jest teraz . Bo przyroda na nasze szczęście trwa i choć nie ma z tego miejsca widoku jak lata temu – na staw , łaki , Augustynkę to ten aktualny też jest wiele wart.
          Pozdrawiam p. Mariana i wszystkich.

  4. Anonim pisze:

    pamietasz Matlowskich

  5. Hanka pisze:

    Chciałabym też przypomnieć rodzinę Pani Czesławy Olechnowiczowej – nadzwyczaj zacnej kobiety ! Była bardzo do nas przywiązana – często nas odwiedzała jeszcze w Poznaniu. Mimo ciężkiego życia była niezmiernie pogodna i oddana. Należy się Jej też na tej stronie życzliwe wspomnienie!

Możliwość komentowania jest wyłączona.