Ćwiczenia z pamięci

 

dom

Wspomnienia Pani Aliny Majko, z domu Tatarynowicz

(spisała Marta Miś)

Przyjechałam do Gryżyny z rodzicami 5 maja 1946 r., miałam wtedy 9 lat. Przyjechaliśmy z  wioski Talminowicze, powiat Baranowicze, województwo nowogrodzkie. W Talminowiczach rodzice mieli 8-hektarowe gospodarstwo. Byłam najmłodsza z piątki mojego rodzeństwa. Kiedy tereny, na których mieszkaliśmy zajęła Rosja, większość Polaków zapisywała się na wyjazd do Polski. Żeby wyjechać trzeba było zarejestrować się i udowodnić swoje polskie pochodzenie. Władze rosyjskie nie robiły początkowo problemów: kto był Polakiem mógł wyjechać. Nie wszyscy jednak chcieli: moi dziadkowie, rodzice mojej mamy, postanowili zostać, podobnie jak jej siostry. Moja mama też wolała zostać, a ja razem z nią … jednak ojciec zdecydował o wyjeździe i musiałyśmy się podporządkować. W Gryżynie był już wtedy mój brat Walenty, który w czasie wojny był w wojsku na terenie Polski i postanowił nie wracać już do Talminowicz. Namawiał nas, byśmy do niego przyjechali.

Tymczasem do domu wrócili z robót w Niemczech dwaj pozostali bracia: Bronek i Kazimierz. Mieli duże kłopoty z rosyjskimi władzami , które podejrzewały , że skoro aż dwa lata byli na robotach i wrócili to na pewno są szpiegami. Moja najstarsza siostra Maria była w tym czasie już mężatką z czwórką dzieci – ona też postanowiła zostać, za namową swego męża.

Jechaliśmy do Gryżyny towarowym pociągiem przez 3 tygodnie. Wieźliśmy ze sobą krowę i konie. Kur nie mogliśmy zabrać bo władze rosyjskie twierdziły, że są chore na jakąś kurzą chorobę. Nie wzięliśmy też świń bo rodzice uznali, że będzie z nimi kłopot w podróży: przed wyjazdem zabili je i mięso zabraliśmy zasolone w beczkach. W pociągu razem z nami jechała prawie cała wieś. Wszyscy osiedlili się w Nietkowie; w Gryżynie zamieszkaliśmy tylko my  i Karatucha.

poczta

Po przyjeździe do Gryżyny moi rodzice wybrali do zamieszkania solidny, murowany z czerwonej cegły budynek dawnej poczty. Okienko pocztowe było od frontu po prawej stronie,  po lewej czyjeś mieszkanie, a drzwi do naszego były z boku domu. Kiedy weszliśmy tam po raz pierwszy zobaczyliśmy regały – przed wojną był w tym miejscu sklep. Szyld, który widać na starej pocztówce kazano nam zamalować. W piwnicy stał wielki baniak na naftę, od którego prowadziła instalacja zakończona pompą znajdującą się w sklepie.  W ten sposób do pojemnika, który przynosił klient,  tłoczno naftę z piwnicy.

Po paru latach rodzice stwierdzili , że potrzebują większej stodoły i przeprowadziliśmy się do innego domu. Tymczasem budynek dawnej poczty stał jeszcze jakiś czas, a potem rozebrano go „na cegłę”.

Z trzech moich braci dwóch zamieszkało w Gryżynie a jeden, Walenty w Świebodzinie. Kazimierz był podleśniczym, po ślubie zamieszkał na Augustynce pod lasem. Przez wiele lat był sołtysem, ludzie dobrze wspominają jego sołtysowanie. Trzeci brat, Bronek mając 33 lata utopił się w gryżyńskim jeziorze. Zostawił żonę i roczną córeczkę … Od tamtej pory nigdy już nie byłam nad jeziorem.

Kiedy byłam dzieckiem razem z rówieśnikami bawiliśmy się w willi Bensch. Była już wtedy pusta , nie było żadnych mebli. Fontanna też była już wtedy nieczynna. Lubiliśmy się ganiać po dachu krytym papą; pamiętam jak obserwowaliśmy kiedyś z góry pożar lasu.

Tuż przy strumyku stała kuźnia zbudowana z wielkich głazów. Powyżej, bliżej drogi stał dom. Ludzie opowiadali, ze Rosjanie zgwałcili i zabili tam kobietę, i że jest tam ona pochowana… Zawsze idąc tamtędy, zwłaszcza w nocy, wygłupialiśmy się strasząc siebie nawzajem. Pamiętam jak kuźnię rozbierano: ktoś potrzebował kamieni więc ją zburzono. Lubiliśmy z dziećmi też chodzić na porzeczki , które rosły na ruinach dawnej leśniczówki na Augustynce.

Na tyłach budynku Oazy, między nią a Kościołem szła w górę dróżka, przy której stał nieduży, śliczny domek. Mieszkał tam Władek Ciulewicz, mężczyzna w średnim wieku, który niedawno wrócił z Francji i od razu we wsi dostał przydomek Francuz. Mieszkał sam i wszyscy wiedzieli, że pędził bimber. Pewnego razu przyszedł do niego milicjant z Krosna, żeby sprawdzić czy pogłoski o bimbrze są prawdziwe. Najpierw się napili, potem doszło do jakiejś szarpaniny i w efekcie milicjant Francuza zastrzelił.  Pamiętam jak dziś, że ciało leżało tuż za progiem domu… W domku po Ciulewiczu już nikt nie zamieszkał, powoli popadał w ruinę i dziś już nie ma po nim śladu. Jeszcze długo potem chodziliśmy tam z dzieciakami zrywać bez, którym przystrajaliśmy Kościół. Bez był piękny, podwójny, mocno fioletowy.

kosciol 2

W starym Kościele brałam ślub i chrzciłam swoje dzieci. Stał w tym samym miejscu, w którym dziś stoi nowy kościół, ale wejście było od strony szkoły. Po obu stronach wejścia rosły dorodne bzy. Na starej pocztówce kościoła po lewej stronie, blisko narożnika, widać drzwi – tamtędy szło się na chór .

Kościół zaczął niszczeć od dachu. Robiono składki na remont, ale pech chciał, że bardzo często zmieniali się u nas księża –  jak stary odchodził, to razem z zebranymi  pieniędzmi. W końcu dach zaczął coraz bardziej przeciekać a budynek niszczeć, więc władze zakazały go używać ze względów bezpieczeństwa. Potem walił się coraz bardziej i w końcu gmina nakazała rozbiórkę. Rozbierali go mieszkańcy. Część wyposażenia poszła do innych kościołów (m.in. do Toporowa).

Po przyjeździe do Gryżyny chodziłam do szkoły, która wtedy jeszcze mieściła się w starym szkolnym budynku. Po prawej stronie od wejścia było mieszkanie nauczyciela, a  po lewej klasa. W piwnicy zawsze stała woda, na podłodze leżały drewniane podesty, na których kładło się wszystko to, co tam się przechowywało. To samo działo się w piwnicy domu , gdzie była przed wojną gospoda ( rodziny Hauch, dziś dom Państwa Matrasów). Woda stała tam aż po kolana, bawiliśmy się z dziećmi w wyławianie stamtąd butelek i innych rzeczy. Można przypuszczać, że rzeczywiście dawniej było na podwórku źródełko, jak mówią niektórzy dawni mieszkańcy, z którego wieś czerpała wodę; być może wtedy było ono w jakiś sposób zabezpieczone.  Jakiś czas potem Nadleśnictwo zrobiło drenaż wokół domu i woda przestała się tam pojawiać.

Wkrótce zorganizowano szkołę w budynku dzisiejszej Oazy, a szkolny budynek przyznano Czerniakom, Feliksowi i  Mietkowi. Mieszkali tam gdzie już wcześniej było mieszkanie a klasa stała pusta.

Obok budynku starej szkoły, tam gdzie teraz jest mały staw, był ogródek warzywny moich rodziców.  Rosła tam niezwykle dorodna kapusta. Wzdłuż Gryżynki były ogródki warzywne, na rzeczce zaś porobione z desek zapory, które spiętrzały wodę.                            W odpowiednich chwilach te „kładki”  podnosiło się i wodę spuszczało.

Niedaleko pałacu, tuż przy granicy posesji domu Pana Watraka biegła w górę droga polna, na tyle jednak szeroka, że spokojnie mógł tamtędy przejechać wóz konny. Prowadziła ona na okrągły, wybetonowany placyk, z sosną rosnącą w samym jego środku. Tutaj przez parę lat odbywały się wiejskie zabawy.  Potem placyk zarósł i dziś trudno go znaleźć , droga natomiast jest prawie całkiem niewidoczna.

Moi rodzice, jak większość mieszkańców Gryżyny, uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta, dorabiali pracą w lesie. Kiedy założyłam swoją rodzinę również – razem z mężem – zajęliśmy się gospodarką. Mieliśmy pole po lewej stronie palisady dębowej.  Miałam tam duży warzywnik, w którym wszystko rosło dużo lepiej niż przy domu.                                 Dziś  jest w tym miejscu las, gdzieniegdzie widać pozostałości ogrodzenia. Wzruszenie mnie ogarnia, kiedy czasem na nie trafię, zbierając tam grzyby …

Oboje z mężem zarabialiśmy też pracą w lesie. Przy drodze prowadzącej do Dobrosułowia były same pola. Nadleśnictwo uprawiało tam topinambur, ziemniaki, owies dla dzikich zwierząt. W sąsiedztwie tych pól było miejsce, które wszyscy nazywaliśmy „odłownią ‘’. To ten plac, na którym rosną w trzech rzędach po cztery kasztany a na środku jest wybetonowane jakby płytkie koryto.  Nie mam pojęcia,  co tam było przed wojną, ale za moich czasów poustawiane tam były drewniane pułapki na dziką zwierzynę. W ten sposób  właśnie je odławiano. Nie zabijano ich – nie wiem, co robiono z nimi dalej. Idąc dalej do Dobrosłowia po prawej stronie drogi, w lesie, była bardzo wysoka drewniana wieża p/pożarowa . Codziennie wdrapywał się na nią Karatucha i obserwował czy się gdzieś nie pali – jako jeden z nielicznych nie bał się na nią wchodzić.

Mieszkańcy Gryżyny przez pierwsze lata powojenne bardzo się wspomagali i byli bardzo zżyci. Bardzo często po  niedzielnej mszy zatrzymywaliśmy się na którymś z podwórek , każdy przynosił co miał do jedzenia i picia i  gadaliśmy, śmialiśmy  się i żartowali. Mam wrażenie, że to wszystko zmieniło się z pojawieniem się w domach telewizorów…  

Pierwszy telewizor mieli Państwo Frymusowie. Oczywiście cala wieś chodziła do nich oglądać, zwłaszcza dzieci, w tym moje. Pan Frymus nie był z tego chyba zadowolony, tym bardziej, że sam nie miał dzieci i mówiło się, że nie bardzo je lubi. A moje dzieciaki ciągle tam przesiadywały! Namówiłam więc  męża żebyśmy i my kupili telewizor. Pamiętam, że miał drewnianą obudowę i kosztował całe 3000zł. Wtedy „ na telewizję” zaczęto przychodzić do nas – czasem tyle było ludzi, że sama nie miałam gdzie usiąść! Następni odbiornik kupił  Furtas – oni już mieli telewizor bardziej nowoczesny, kosztował aż 9000.

No a po nich telewizorów przybywało, przybywało, aż w końcu każdy miał swój własny i pozamykali się ludzie z nimi w swoich domach.                                                                              I tak właśnie, tak to widzę, umarło w mojej wsi życie towarzyskie!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Ćwiczenia z pamięci

  1. B.O. pisze:

    Jest nieścisłośc w wspomnieniach Pani A. Majko.Budynek po dawnej szkole zamieszkiwany był przez rodziców Pana Józefa Jędrzejek, Rozalię i Jana.Czerniakowie Adam i Magdalena odkupili dom od R.i J. Jędrzejków kiedy oni wyprowadzili się do córki Marii do Limanowej.Czerniakowie zamieszkali tam wraz z synami Feliksem i Mieczysławem. Po śmierci Adama,Magdaleny i Mieczysława zamieszkiwał w tym domu Feliks.

    • Marian Dolata pisze:

      Muszę wnieść sprostowanie do komentarza B.O.
      Marysia Antosz (de domo Jędrzejak) zamieszkała w Mszanie Górnej w powiecie Limanowa. Jej rodzice rzeczywiście wyjechali z Gryżyny do niej, ale nie była to Limanowa.

  2. marta miś pisze:

    Dzięki za sprostowanie . Być może to ja coś pokręciłam nie pani Alina.
    Pozdrawiam.

  3. Marian Dolata pisze:

    Pani Alino – pozwolę sobie na małe sprostowanie, Otóż na środku placu, który był wybetonowany rósł dąb, tak jak to było wokół tego placu. Wspomniana przez Panią droga rzeczywiście prowadziła do góry, a ścieżka od placu w dół (obok domu, w którym mieszka Janek Watrak, a dawniej mieszkała Pani Matłowska), była naszą górką (ślizgawką). Dodam, że dla urozmaicenia moich powrotów do domu ze szkoły, włóczyłem się w tych okolicach w towarzystwie Tadka Niemca i Danki Paliwody, idąc dalej obok szkółki leśnej, albo też wracało się przez łąki od dawnej willi Bensch, a wychodziło obok domu Paliwodów. Ech to były czasy … Wspomina Pani, że w kierunku na Dobrosłów były same pola. Tak było istotnie. Pamiętam też akcję mieszkańców Gryżyny, kiedy to wyposażeni w butelki z wodą „tyralierą” zbierali na polach obsadzonych ziemniakami stonkę podrzuconą przez „wrednych imperialistów”. To były akcje … Po prawej stronie szosy na Bytnicę, (ok. 200 m od skrzyżowania dróg na Grabinę i Dobrosłów) były ruiny poniemieckiej fabryki z resztkami komina, piwnicą, po których oczywiście jako dzieci biegaliśmy.

  4. Marzena W pisze:

    Tak, Marysia Antosz z domu Jędrzejek zamieszkała w Mszanie Górnej / byłam u niej na wakacjach/. Na środku koła rzeczywiście rósł dąb (-:

  5. Ja takze za ojca dyzurowalam na tej wiezy w kierunku dobroslowia . Wypatrywalam czy się gdzies nie pali . Towarzyszyly mi czasem w tych dyżurach danka paliwoda i Teresa Kwiatkowska . Serdecznie pozdrawiam gryzyne i gryzynian.

    • Anonim pisze:

      Pani Wando,jako dziecko bywałem na tej wieży (pamietam nawet jak ja budowano – wydawała sie imponująca) i pamietam Pani Ojca oczywiście. Pozdrawiam serdecznie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.